REKLAMA
REKLAMA

Five o'clock: Podsumowanie 4. kolejki Premier League

dodał: Kamil Krusiński  |  źródło: Anglia.goal.pl  |  12.09.2017 17:58
Five oclock: Podsumowanie 4. kolejki Premier League

Oceń bukmachera i wygraj 150 złotych
Od lat trwają debaty nad tym, która z wielkich europejskich lig zasługuje na miano najlepszej. Europejskie rozgrywki zdominowali Hiszpanie, z pełnych stadionów słynie Bundesliga, a swoich wielbicieli ma również Serie A. Moją miłością jest jednak Premier League, dlatego zapraszam na kolejny odcinek Five o'clock - cykliczne podsumowanie wydarzeń weekendu w Anglii.

NIÓSŁ WILK RAZY KILKA, PONIEŚLI I WILKA

Każdy z Was słyszał pewnie tę życiową mądrość, że najważniejszym posiłkiem dnia jest śniadanie. Szczególnie do serca wzięli sobie to Brytyjczycy, których śniadania słyną z obfitości i kaloryczności. Dlatego też Premier League zadbała o wygłodniałych po przerwie reprezentacyjnej kibiców i na przysłowiowe "dzień dobry" zaoferowała jedną najtłustszych potraw.

Dwie ofensywnie grające drużyny strzelające mnóstwo bramek, dwóch pretendentów do ligowego tytułu, dwóch uczestników Ligi Mistrzów i na dokładkę dwóch światowej klasy trenerów, znających się jeszcze z czasów pracy w Bundeslidze. Pep Guardiola vs Jurgen Klopp, Manchester City kontra Liverpool. To musiało być meczycho.

Dla The Reds było to drugie z rzędu spotkanie z kategorii szlagierów - piłkarze z Merseyside przystępowali do meczu po zdemolowaniu Arsenalu i dodając do tego korzystny bilans Kloppa w starciach z Guardiolą oraz patent na drużyny z czołówki, kibice Liverpoolu mieli powody do optymizmu. Niestety rzeczywistość sprawiła im psikusa i dwie godziny na Etihad okazały się prawdziwą katorgą.

Wszystko zaczęło się w 24. minucie - świetnym prostopadłym podaniem popisał się De Bruyne, a gola zdobył Aguero, stając się tym samym najskuteczniejszym zawodnikiem spoza Europy w historii Premier League. W odpowiedzi swoje zrobił Salah - tzn. świetnie pokazał się na pozycji, po czym nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem.

Najwięcej dyskusji wywołało jednak zdarzenie z 37. minuty, kiedy to z boiska wyleciał Mane, który ciosem w stylu karate znokautował Edersona. Osobiście zgadzam się jednak z decyzją arbitra - ostemplowanie twarzy przeciwnika korkami powinno kończyć się czerwoną kartką. Senegalczyk faktycznie skupiał się na piłce i zgodnie z instynktem napastnika chciał ją zgarnąć przed bramkarzem, ale skończyło się na szyciu twarzy bramkarza Obywateli.




Jurgen Klopp życzył sobie pewnie powtórki z meczu z Arsenalem, no to ją dostał. Obrona The Reds w dalszej części meczu uznała, że film przedstawiający wyczyny defensywy Kanonierów na Anfield to doskonały materiał instruktażowy i pozwoliła piłkarzom Manchesteru City robić dosłownie wszystko, na co mieli ochotę.

Patrząc na piłki posyłane przez De Bruyne i Fernandinho, Manchester City spokojnie mógłby zwolnić gościa od malowania linii na boisku. Wystarczyłoby postawić Belga i Brazylijczyka w narożnikach boiska i dać im zamoczoną w farbie piłkę.

Belg do prostopadłych podań dołożył jeszcze precyzyjne dośrodkowania - jeszcze w pierwszej połowie mogliśmy oglądać dwie bliźniacze sytuacja. De Bruyne wrzuca, Gabriel Jesus strzela głową. Za pierwszym razem szansę liverpoolczykom dał jeszcze arbiter odgwizdując spalonego, ale za drugim razem uznał już gola.

Bardzo dobre zawody rozegrał także Mendy, który niemiłosiernie znęcał się nad Alexandrem-Arnoldem. Zawodnik Monaco wielokrotnie zapędzał się lewą stroną i posyłał bardzo groźne centry w szesnastkę Liverpoolu. Po jednej z nich bramkę na 4:0 zdobył wprowadzony w drugiej odsłonie Sane.

Kibice Liverpoolu poznali tym samym, jak to jest znajdować się po tej drugiej stronie. Dwa tygodnie temu na Anfield była euforia, a w sobotę na Etihad było upokorzenie. Tu kilka słów do sympatyków The Reds - nie martwcie się, nie macie najgorzej. Pomyślcie sobie, jak czuje się Oxlade-Chamberlain.

P.S. Była jeszcze jedna bramka. Opisać można ją jednym słowem - InSane. #KMWTW

P.S.2. Była to pierwsza wyjazdowa porażka Liverpoolu z klubem z TopSix za czasów Jurgena Kloppa. Co jak co, ale ten facet to wszystko musi robić z przytupem.

ONCE I WAS A WOODEN BOY

Kibice Arsenalu nie mieli w ostatnich tygodniach lekkiego życia. Ich drużyna skompromitowała się na Anfield, później w niepewności musieli wysłuchiwać wiadomości w "Deadline Day", a najlepszą informacją okienka okazało się zatrzymanie w zespole z The Emirates Alexisa Sancheza. Arsene Wenger nie zdecydował się nikogo kupić, mając nadzieję, że kibice zapomną o tym podczas przerwy na reprezentacje.

Choć Chilijczyk pozostał w Londynie, to kibice Arsenalu raczej powinni wstrzymać się z kupnem koszulki z jego nazwiskiem na plecach. No chyba, że lubią szybko zdezaktualizowane t-shirty swojego klubu. Sanchez kontraktu nie przedłuży na pewno, podobnie jak Ozil, który wraz z Chilijczykiem pożegna się z Arsenalem najpóźniej następnego lata.

Nieco mniejszym ciosem okazała się sprzedaż Alexa Oxlade'a-Chamberlaina, choć pewnie widząc cztery pierwsze litery imienia przy komunikacie "SOLD", kibicom Arsenalu mocniej zabiło serce. Za Chamberlainem na The Emirates płakać raczej nie będą, wielu przykleiło już bowiem Chamberlainowi łatkę "drugiego Walcotta", co wymownie świadczy o Angliku.

A propo Walcotta - w tygodniu klub poinformował o chęci przedłużenia kontraktu m.in. właśnie z Anglikiem, Ramsey'em i Welbeckiem, co podobno miało być pozytywną informacją w kontekście spodziewanego exodusu podstawowych piłkarzy...

Wielu zastanawiało się więc, jak Arsenal poradzi sobie w takiej atmosferze z Bournemouth. Szczerze powiedziawszy, Kanonierzy nie mogli sobie wymarzyć lepszego rywala w tak trudnym dla nich okresie. Bournemouth nie zdobyło jeszcze ligowego punktu i nigdy nie pokonało jeszcze Arsenalu, przegrywając wszystkie mecze w Londynie.

Dlatego w szóstej minucie na trybunach rozległ się huk spadających kamieni z serc kibiców Arsenalu - po dośrodkowaniu Kolasinaca, Begovicia pokonał Lacazette. Kąciki ust drgnęły również w 27. minucie, gdy drugiego, całkiem ładnego gola dołożył Lacazette. Warto zauważyć, że spotkanie na ławce rezerwowych rozpoczął Alexis Sanchez.

Brak Chilijczyka na boisku wyraźnie zmotywował Welbecka, dla którego Sanchez jest jednym z głównych rywali w walce o miejsce w wyjściowej jedenastce. Najpierw w 50. minucie podwyższył na 3:0, a kilka minut później, zazwyczaj toporny pod bramką rywala Welbeck był bliski hat-tricka i to po naprawdę finezyjnym wykończeniu. Czyżby misja Gepetto rozpoczęta we wrześniu 2014 roku wreszcie się powiodła i Wenger ożywił drewnianego chłopaka?

Skupiłem się na Arsenalu, a wypada też napisać kilka słów na temat Bournemouth. Podopieczni Eddiego Howe'a kontynuują najgorszy w historii start w Premier League i wraz z Crystal Palace zamykają ligową stawkę z zerowym dorobkiem. 90 minut na ławce rezerwowych spędził Artur Boruc, który musiał obserwować, jak Asmir Begović ze złości na swoich defensorów... zgniata futbolówkę.



Zwycięstwo nad Bournemouth jest raczej niewielkim pocieszeniem dla kibiców The Gunners w obliczu aktualnej sytuacji w klubie i nawet w małej części nie zakrywa prawdziwych problemów Arsenalu. A jeden z nich czyha na horyzoncie - wyjazdowa konfrontacja z Chelsea już za tydzień...

GROSS, ZNACZY WIELKI

Pod koniec sierpnia West Bromwich Albion zanotowało gwałtowny wzrost zainteresowania wśród kibiców piłki nożnej w Polsce - powodem nie był jednak olśniewający styl gry przyciągający byłych już sympatyków Barcelony po odejściu Neymara, czy brak wielkich emocji wywołany zakończeniem najnowszego sezonu Gry o Tron. Tony Pulis jakimś cudem wyperswadował Grzegorzowi Krychowiakowi, że deszczowe West Midlands jest bardziej urokliwe niż paryskie salony.

189 dni - tyle czasu upłynęło od momentu, kiedy Grzegorz Krychowiak po raz ostatni wybiegł na murawę w pierwszym składzie Paris Saint-Germain. Były piłkarz Sevilli zagrał wówczas oszałamiające 45 minut w spotkaniu z Nancy, po czym na boisku spędzał mniej czasu niż na sesjach zdjęciowych pod wieżą Eiffla.

West Bromwich Albion wydaje się aktualnie idealnie skrojonym klubem na Grzegorza Krychowiaka - facet, który lubi i, co najważniejsze, potrafi twardo grać, trafił do najbardziej angielskiego z angielskich klubów, pod oko trenera wyznającego zasadę "przede wszystkim na zero z tyłu". Dla defensywnego pomocnika chcącego wrócić na najwyższą półkę - doskonały poligon doświadczalny.

Wielu obawiało się jednak atmosfery, w jakiej Polak trafił do WBA. Wśród kibiców z The Hawthorns Krychowiak objawiał się w roli nieco zakurzonej, ale jednak gwiazdy. Na szczęście Polak nie obrósł w przysłowiowe piórka i zabrał się do roboty - pomimo braku boiskowych minut przekonał na treningach Pulisa, o czym przekonaliśmy się w sobotę.




Debiut Krychowiaka przypadł na mecz z beniaminkiem z Brighton - podopieczni Chrisa Hughtona przystępowali do tego spotkania z zerowym dorobkiem, jeśli chodzi o strzelone bramki. Mało kto spodziewał się, że drużynie tak solidnej w obronie jak West Bromwich, Mewy zdołają wbić aż trzy gole - czyli trzy razy więcej bramek, niż Drozdy straciły w trzech pierwszych spotkaniach nowego sezonu Premier League.

Trzy stracone gole nie wystawiają defensywnemu pomocnikowi najlepszej cenzurki, jednak trzeba przyznać, że Grzegorz Krychowiak był jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym zawodnikiem West Bromu na Amex Stadium w Brighton. Co najważniejsze, Krychowiak nie odstawał od pozostałych zawodników przygotowaniem fizycznym i na murawie spędził pełne 90 minut.

Wracając już ogólnie do meczu - historyczny moment dla kibiców Brighton nastał w 45. minucie, kiedy to piłka po strzale Grossa znalazła się w siatce gości. Być może gol ten nie znajdzie się w kompilacji najpiękniejszych bramek sezonu, ale na pewno na długo zagości w sercach Mew, jako historyczny, pierwszy gol w Premier League. Trochę zbyt zachowawczo w tej sytuacji zachował się Krychowiak, który mógł nieco odważniej wstawić nogę i zablokować strzał Niemca.

Pascal Gross zasłużył w sobotę na swoje nazwisko, albowiem rozegrał wielkie spotkanie - trzy minuty po przerwie zdobył drugiego gola, a dodatkowo w 63. minucie asystował przy trafieniu Hemeda. W tym momencie kibice Brighton & Hove Albion mogli cieszyć się nie tylko z pierwszych bramek w Premier League, ale także z pierwszego zwycięstwa.

Jeśli chodzi o podopiecznych Tony'ego Pulisa i ich ofensywne zapędy, to były one... typowe dla WBA - największe zagrożenie Drozdy stwarzały po stałych fragmentach gry, albo po centrach z bocznych stref boiska.

W pierwszej połowie ciężar atakowania spadł jednak na bary Barry'ego, który dwukrotnie zmarnował dogodną sytuację. Gola udało się za to zdobyć w 77. minucie, kiedy po uderzeniu Morrisona, nawet broniący rękami na linii obrońca gospodarzy, Shane Duffy, nie zdołał zatrzymać piłki przed bramką.

WAKE ME UP, WHEN SEPTEMBER... STARTS

Jednym z najciekawiej zapowiadających się spotkań czwartej kolejki angielskiej Premier League było starcie na Goodison Park, gdzie Everton miał zmierzyć się z Tottenhamem Hotspur. Oczywiście kibice nie ostrzyli sobie zębów równie intensywnie jak na potyczkę na Etihad, jednak w "drugiej sorcie" sobotnich meczów, konfrontacja w niebieskiej części Liverpoolu wychodziła przed pozostałe spotkania.

Terminarz nie był zbyt łaskawy dla piłkarzy Ronalda Koemana, którzy przed przerwą na reprezentacje mierzyli się z Manchesterem City i Chelsea, a po zgrupowaniach kadr narodowych dorzucił jeszcze wicemistrza kraju. Humoru kibicom z Goodison Park nie poprawiły także najświeższe doniesienia tabloidów.

Wayne Rooney, który wrócił do Evertonu jako żywa legenda Manchesteru United, miał świecić przykładem i dożyć futbolowych dni w blasku chwały na Goodison Park. Początek miał wyśmienity, zdobył dwa gole dające The Toffees cztery punkty i przekroczył barierę 200. bramek w Premier League. Zaczęło się więc bajkowo, ale...

Ale powróciły demony z przeszłości - Wayne Rooney został bowiem podobno złapany przez policję, gdy kierował samochodem pod wpływem alkoholu. Nie była to pierwsza tego typu historia z udziałem "Wazzy", jednak jazdy na podwójnym gazie nie można porównywać z weselną popijawą. Fakt, było to pomiędzy meczami reprezentacji, ale z wujkami na weselu po prostu napić się wypada.

Wracając do meczu, ale pozostając w terminologii weselnej - mecz Evertonu z Tottenhamem przypominał nieco pijacki pojedynek pomiędzy buńczucznym młodziakiem i typowym wujaszkiem. Młody na początku kozaczył i dotrzymywał kroku "bardziej doświadczonemu", ale po kilkunastu minutach wymiękł i mógł tylko patrzeć na zwycięstwo wujcia.

Mówi się, że piłkarze to jedna z bardziej przesądnych grup społecznych na świecie. Doskonałym przykładem sprawdzania się "klątw" jest Harry Kane - jedna z najlepszych strzeleckich maszyn Premier League, dołącza do wyścigu o koronę dopiero we wrześniu. 13 sierpniowych spotkań w Premier League w karierze = 0 goli.




Pierwsze oznaki wybudzenia z letniego letargu HurriKane dał... pierwszego września, kiedy to w meczu eliminacji Mistrzostw Świata zapakował Malcie dwa gole. Wielu mogłoby słusznie stwierdzić, że Malta to oczywiście nie Premier League - wystarczyło jednak niespełna pół godziny gry na Goodison Park i Kane miał już jednego gola w dorobku. I to prawdopodobnie w sytuacji, w której nawet nie chciał strzelać...

Jeszcze przed przerwą drugiego gola dołożył Eriksen, wykorzystując bardzo bierną postawę obrońców Evertonu, co bardzo dobrze podsumowało, grających jakby na kacu, The Toffees. Ronald Koeman zdecydował się ostro zareagować i w przerwie wprowadził na boisko Dominica Calverta-Lewina i Toma Daviesa.

Nie minęła minuta drugiej połowy i Davies wpisał się na listę asystentów. Koeman cieszyć się jednak nie mógł, bo to nie Tom, tylko Ben, grający w barwach Tottenhamu dograł do Kane'a, który zdecydował się odblokować z przytupem i powtórzyć maltański wieczór. Ciekawostka statystyczna - Harry Kane zdobył w sobotę bramki nr 100 i 101 w barwach Tottenhamu.

Podopieczni Mauricio Pochettino poczuli się bardzo komfortowo prowadząc 3:0 i postanowili poklepać nieco przed własnym polem karnym, pomiędzy biegającymi piłkarzami Evertonu. Swoich sił w "dziadku" spróbował także Lloris, który zagrał prosto pod nogi Gueye, a Senegalczyk, doskonale podsumowując występ Evertonu... nie trafił w pustą bramkę. Skończyło się na 3:0, choć szczerze mówiąc, był to najniższy wymiar kary.

AZULES LONDYN

Podobnie jak Everton, na przyjemny terminarz na początku sezonu liczyć nie mogło Leicester City - podopieczni Craiga Shakespeare'a po wyjazdowych spotkaniach na Emirates Stadium i Old Trafford, rozdzielonych domowym meczem z Brighton, gościli na King Power Stadium londyńską Chelsea. Można było zatem faktycznie poczuć "King Power", albowiem na obiekcie Lisów spotkało się dwóch ostatnich zdobywców mistrzowskiej korony.

Antonio Conte postanowił trzymać się tego, co przyniosło londyńczykom zwycięstwa przed przerwą na reprezentacje - reprezentacji Hiszpanii. Dla przypomnienia - pięć z sześciu bramek Chelsea w trzech pierwszych spotkaniach zostało zdobytych przez Hiszpanów, podobnie jak cztery z pięciu asyst. Reszta to robota Brazylijczyków - raz podał Willian, raz strzelił David Luiz.

Podobnie jak w meczu z Evertonem, na murawie od pierwszej minuty zameldowało się aż pięciu Hiszpanów. W obronie pojawił się Azpilicueta, w drugiej linii Fabregas, Alonso i Pedro, natomiast na szpicy zagrał Alvaro Morata. Morata, który swoją dobrą dyspozycję w Chelsea potwierdził na meczach reprezentacji, gdzie zdobył trzy bramki i zanotował jedną asystę.

Choć spotkanie toczyło się w bardzo żywym tempie, to sytuacji podbramkowych w pierwszej połowie było jak na lekarstwo. Z pewnością nie można było jednak narzekać na brak dopingu, który wzmógł się w 40. minucie - Kante podarował prezent swoim byłym kolegom, ale po szybkiej kontrze Slimani nie był w stanie pokonać Courtoisa.

Po pięciu Silvach, prowadzenie objęła jednak Chelsea i znów bohaterami okazali się Hiszpanie. Dośrodkowywał Cesar Azpilicueta, a swoim stylu (czyt. głową), gola zdobył Morata. Alvaro to ma łeb nie od parady, trzy gole i dwie asysty, a wszystko z dyńki.




Dla niewtajemniczonych: jedna Silva to około 14 sekund.
Dla niewtajemniczonych do kwadratu: 14 sekund zabrakło Lisom, by zdążyć przed zamknięciem okna transferowego dopełnić formalności związanych z transferem Adriena Silvy. Ktoś tu chyba przedobrzył z dramaturgią.

Pomimo błędu popełnionego w 40. minucie, najlepszym zawodnikiem tego dnia na King Power Stadium był N'Golo Kante. Francuz swój fenomenalny występ podkreślił bramką zdobytą pięć minut po zmianie stron i był to gol doskonale podkreślający charakter strzelca. Nie był spektakularny i widowiskowy, choć zdobyty z ok. 25 metrów. Kante przymierzył bardzo dokładnie i ledwie tocząca się piłka, trafiła do siatki.




Niespełna pół godziny przed końcem, Lisy zdobyły gola kontaktowego - Vardy wywalczył rzut karny i Vardy rzut karny zamienił na bramkę. Wydawać się mogło, że podopieczni Shakespeare'a rzucą się w poszukiwaniu wyrównującego trafienia, ale... nic takiego się nie wydarzyło. Strzał Vardy'ego z jedenastu metrów okazał się jedynym celnym strzałem gospodarzy w drugiej odsłonie i Chelsea zgarnęła komplet punktów. Muchas gracias!

NO WEŹ TO UDERZ, CHŁOPIE

Po trzech kolejkach nowego sezonu Premier League, siedem zespołów mogło pochwalić się statusem niepokonanych. Dwie z nich spotkały się w sobotę na St. Mary's Stadium, gdzie Southampton zmierzył się przed własną publicznością z Watfordem. Obie drużyny od początku sezonu notowały takie same rezultaty: remis-zwycięstwo-remis. Logika wskazywała zatem na podział punktów.

Przygotowując "Five o'clock", staram się w niedzielne poranki i poniedziałkowe popołudnia nadrobić spotkania, których z różnych względów nie oglądam na żywo. Nie chodzi mi tu o kilkuminutowe skróty i powtórki bramek, tylko pełne, 90-minutowe retransmisje.

Straciliście kilkanaście sekund czytając niewnoszący zbyt wiele poprzedni akapit? Ja straciłem za to półtorej godziny, oglądając "widowisko" na St. Mary's. Na przestrzeni całego spotkania, obie drużyny oddały cztery celne strzały. Myślę, że gdyby zsumować odległości, z jakich owe strzały były oddawane, przemierzylibyśmy całe boisko.

Co pocieszające, połowa tych prób zakończyła się bramkami. Na nieszczęście dla Świętych, w obu przypadkach trafiały Szerszenie. Co ciekawe, zarówno przy trafieniu Doucoure, jak i Janmaata, mogliśmy zaobserwować podobny schemat - daleki wyrzut z autu, nieudane wybicie obrońców na przedpole, zgarnięcie piłki przez gości i celny strzał z ponad dwudziestu metrów.




Trzeba jednak przyznać, że Marco Silva odwala przy Vicarage Road kawał dobrej roboty. Już w poprzednim sezonie, Portugalczykowi zabrakło niewiele, by utrzymać na powierzchni Hull City. Dziś, dzięki Silvie, sympatycy Watfordu mogą cieszyć się po raz pierwszy z serii czterech spotkań bez porażki na starcie Premier League.

W drużynie Watfordu znalazłem także mojego cichego faworyta w kategorii najlepszy transfer letniego okienka w Premier League - jeśli ktoś nie miał jeszcze możliwości, to polecam przyjrzeć się nowemu nabytkowi Szerszenii. Richarlison, 20-letni Brazylijczyk jest jedną z najjaśniejszych postaci na początku ligowej kampanii. Dzieląc boisko na trzy strefy, Watford aż 50% akcji przeprowadził lewą stroną, po której biega właśnie były zawodnik Fluminense (29% środek, 21% - prawa strona).

NIE MA TAKIEGO WYGRYWANIA

Trzy zwycięstwa w trzech pierwszych ligowych spotkaniach nowego sezonu poważnie rozbudziły apetyty kibiców Manchesteru United - już na tak wczesnym etapie sezonu, mówi się, że jest to najlepszy zespół w erze pofergusońskiej, choć szczerze mówiąc, poprzeczka nie była jak do tej pory zawieszona zbyt wysoko.

Jednym ze stałych punktów pofergusońskiej ery jest strata punktów w wyjazdowym ligowym meczu ze Stoke City. W 2014 roku przegrał tu Moyes (1:2), za kadencji van Gaala był remis i porażka, a Mourinho w swoim pierwszym podejściu urwał remis po golu Rooney'a w ostatniej minucie. Zwycięstwo ekipie Fergusona w 2013 roku zapewnili van Persie i Carrick.

Klątwa bet365 Stadium, czy też wcześniej Britannia Stadium, zaczęła wisieć nad głowami Czerwonych Diabłów w 43. minucie. Akcję świetnym, crossowym podanie zapoczątkował były piłkarz Manchesteru United, Darren Fletcher, z prawego skrzydła dośrodkował... były piłkarz Manchesteru United, Mame Biram Diouf, a swojego debiutanckiego gola zdobył Maxime Choupo-Moting (który jednak w United nigdy nie grał).

Zdecydowanie najaktywniejszym i najgroźniejszym piłkarzem wśród wybrańców Jose Mourinho był w pierwszej połowie Marcus Rashford. Anglik najpierw dwa razy przetestował Butlanda, po czym strzelił gola. Może to jednak za dużo powiedziane - bardziej to Pogba strzelił bramkę używając głowy Rashforda. Nie zmienia to faktu, że jestem pod wrażeniem tempa rozwoju tego niesamowitego młodziana. Już mamy do czynienia z RashFordem GT, a za chwilę może przemienić się w RashLambo lub RashFerrari.

W 57. minucie kibice United zaczęli powoli wierzyć, że zła karta się odwraca. Mkhitaryan wykorzystał fatalne ustawienie obrońców Stoke, którzy wyskoczyli do Ormianina, zostawiając cały środkowy korytarz Lukaku. Futbolówka trafiła do Belga, który miał wystarczająco czasu, aby trafić najpierw w Butlanda i jeszcze zdążyć dobić swój strzał.

Tym samym żaden z piłkarzy Manchesteru United nie może pochwalić się większą liczbą zdobytych goli w czterech pierwszych meczach niż Romelu Lukaku. Belg znalazł się w naprawdę zacnym gronie - cztery gole na tym etapie diabelskiej kariery mieli również Saha, van Persie oraz Ibrahimović. Legends, legends everywhere.

Z powodu lepszej postawy defensywy Manchesteru United, mało okazji do wykazania się miał jak do tej pory David De Gea. W sobotę Hiszpan zaprezentował jednak swój kunszt w pełnej krasie, w fenomenalny sposób broniąc strzał Jesego. Szkoda tylko, że kilkanaście sekund później, Choupo-Moting strzelił na 2:2... bo potknął się Phil Jones.

W końcówce spotkania, Jack Butland postanowił... podjąć rękawicę i powalczyć z de Geą o interwencję meczu. Bliski pokonania Anglika był Kurt Zouma, który niefortunnie skierował futbolówkę w stronę swojej bramki. Być może obrona Butlanda nie była równie spektakularna, jak ta poniżej, jednak po obejrzeniu powtórek z meczu Stoke, skojarzyła mi się z legendarną wręcz obroną Davida Seamana.




Piłkarzom Stoke udało się ponownie zatrzymać Manchester United i wciąż to sir Alex Ferguson pozostaje ostatnim trenerem Diabłów, który wygrał w Premier League w Stoke-on-Trent. Pomimo remisu, podopieczni Jose Mourinho utrzymali się w fotelu lidera - w angielskiej ekstraklasie już żadna z drużyn nie może jednak pochwalić się kompletem zwycięstw.

SZKLANE PAŁACE DE BOERA

W poprzednim odcinku Five o'clock pisałem na temat krótkiej przygody Franka de Boera z Interem Mediolan. Przypomnę, że Holender spędził we Włoszech zaledwie 85 dni, po czym został zwolniony z funkcji szkoleniowca. Zastanawiałem się głośno, czy de Boer wyrtwa przynajmniej tyle na Selhurst Park. Jak się okazało - nie.

Trzeba szczerze przyznać, że ten mariaż z góry skazany był na porażkę. Holender chciał być rewolucjonistą i z armii topornych wojowników (z wyjątkami typu Zaha) stworzyć coś finezyjnego i miłego dla oka. Przejście z Sama Allardyce'a na Franka de Boera można porównać do kulturysty wciskającego się w strój baletnicy. Tak radykalna zmiana preferencji powinna wiązać się z rewolucją kadrową, do której nie doszło.

Na Selhurst Park potrzeba prawdziwego "Brytola" z krwi i kości - kogoś pokroju... Sama Allardyce'a. Nadaliby się Harry Redknapp czy Tony Pulis, znalazłoby się miejsce również dla Roy'a Hodgsona, do którego podobno już zwróciły się władze Crystal Palace. Być może Orły nie będą wymieniały setek podań, ale w kontekście walki o utrzymanie, stara brytyjska szkoła Hodgsona może okazać się bezcenna.

Powyższe dywagacje nie wzięły się oczywiście z niczego - Crystal Palace to pierwszy zespół od 1924 roku, który w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii, nie zdobył w czterech pierwszych spotkaniach ani punktu, ani bramki. Tym razem Crystal Palace musiało uznać wyższość Burnley. Nic więc dziwnego, że londyńskie Orły zamykają ligową tabelę.

W miarę korzystny rezultat na Turf Moor (czyt. remis) zniknął równie szybko, jak cierpliwość zarządu do Franka de Boera. W trzeciej minucie Lee Chung-Yong zanotował asystę w stylu Kevina De Bruyne, niestety przy bramce rywala. Koreańczyk wycofując piłkę do bramkarza, zagrał idealnie do Chrisa Wooda, który zawuażył wysuniętego Heatona i posłał futbolówkę do siatki.

Jeśli faktycznie posada de Boera zależna była tylko i wyłącznie od wyniku na Turf Moor, to Holender specjalne podziękowania powinien wysłać do Christiana Benteke i Scotta Danna. Tych dwóch piłkarzy nie wykorzystało bowiem co najmniej pięciu sytuacji, przez co Crystal Palace zakończyło znów dzień z zerem po stronie zdobyczy.

Trzeba oddać de Boerowi, że na Turf Moor mogliśmy obejrzeć początki czegoś nowego w Crystal Palace. Wystarczy rzut oka na statystyki - posiadanie piłki 65%-35% na korzyść londyńczyków, strzały 23:4, strzały celne 5:2. Faktem jest jednak, że Burnley po zdobyciu gola nie musiało skupiać się już na atakowaniu, tylko uskuteczniać to, co The Clarets robią najlepiej - bronić dostępu do własnej bramki, oddając rywalowi pole gry.

Co by było, gdyby Benteke wykorzystał jedną ze swoich sytuacji? Gdyby Lowton i Tarkowski stojąc tuż przed linią bramkową nie zablokowali uderzeń Danna? Co by się stało, gdyby strzelający głową z trzech metrów Dann, nie spudłował w 89. minucie? Być może de Boer wciąż byłby szkoleniowcem The Eagles, a na Selhurst Park zapanowałby styl amsterdamski. Skoro była już Stokealona, to czemu nie mogłoby być Crystalony?

Sorry, Frank, niestety granica między być albo nie być, jest cieńsza niż przysłowiowa (tu powinno paść niezbyt ładne słowo na "d") węża. Tym razem znalazłeś się po niewłaściwej stronie. Pytanie co dalej z Holendrem? Czy po nieudanych przygodach w Mediolanie i Londynie, ktoś będzie w stanie postawić na de Boera i jego szklane pałace?




OH CAPTAIN, MY CAPTAIN

Choć lista niedzielnych spotkań Premier League nie była równie imponująca co sobotnia, to trzeba przyznać, że jednym z lepszych meczów czwartej serii gier w Premier League okazała się konfrontacja na Liberty Stadium, gdzie Swansea, z Łukaszem Fabiańskim między słupkami, mierzyło się z Newcastle United.

Podobnie jak w przypadku londyńskiej Chelsea, w klubie z St. James' Park postawiono mocno na hiszpańskie akcenty - w składzie Srok wybiegło (tak samo jak w przypadku The Blues) pięciu rodaków trenera Rafy Beniteza. Samego Rafy jednak zabrakło, albowiem były szkoleniowiec Liverpoolu regenerował się po operacji przepukliny. Jego miejsce tymczasowo zajął jego asystent, Paco Moreno.

A skoro na ławce zabrakło prawdziwego sternika, to rolę kapitana statku przejąć musiał... kapitan we własnej osobie - Jamaal Lascelles. Anglik spisał się koncertowo i z pewnością to właśnie jemu należała się butelka najlepszego rumu, a jeśli nie, to przynajmniej tytuł Man of the match.

Pierwszym, który zaprezentował pokaz swoich umiejętności był Łukasz Fabiański. Polak zdecydował się dołączyć do de Gei i Butlanda w walce o najlepszą interwencję weekendu - po strale Joselu, były bramkarz Arsenalu wyciągnął się jak struna i sparował futbolówkę na rzut rożny. Chapeau bas, panie Łukaszu. A wy jak sądzicie, która interwencja najlepsza? Zapraszam do dyskusji w komentarzach.

Pół godziny przed końcem rozpoczął się za to show Lascellesa - w 61. minucie Abraham minął już nawet wychodzącego z bramki Elliota i był w 100% pewny, że nic nie stoi na przeszkodzie pomiędzy nim, a pierwszym golem zdobytym na Liberty Stadium. Jamaal pokazał jednak, że "to co jego, to jego jest" i ofiarnym wślizgiem wybił piłkę na rzut rożny.

Kwadrans później Kapitan zrobił użytek ze swoich 190cm pod drugą bramką - Lascelles wykorzystał bierność obrońców Swansea, wyskoczył najwyżej i pokonał bezradnego Fabiańskiego. Pochwalić należy także dośrodkowującego z narożnika boiska Matta Ritchiego, którego... nie powinno być jednak na boisku od blisko 30 minut.

Dzień wcześniej, Sadio Mane został wyrzucony z boiska za zaatakowanie Edersona wysoko podniesioną nogą. Sytuacja z Ritchiem wydaje się bliźniaczo podobna - różnica jest tylko taka, że Senegalczyk trafił w twarz, a Szkot w bark Alfiego Mawsona. Sędzia Jones pokazał Ritchiemu jednak tylko żółty kartonik. Z pewnością coś na ten temat miałby do powiedzenia Jurgen Klopp:




P.S. Pierwszy występ w barwach Łabędzi zaliczył w niedzielę Renato Sanches - Portugalczyk wypożyczony z Bayernu Monachium był jednak tylko cieniem zawodnika, który przyczynił się do wyeliminowania Polski na Euro 2016, efektem czego była zmiana w 69. minucie.  

UDANE OTWARCIE NA ZAMKNIĘCIE

Biorąc pod uwagę tylko mecze rozgrywane przed własną publicznością, West Ham United zajął w poprzednim sezonie odległą, 16. lokatę. Młotom nie do końca wiodło się po przeprowadzce z Upton Park - londyńczycy przenieśli się bowiem na Stadion Olimpijski, gdzie wygrali tylko siedem z 19 spotkań w poprzedniej kampanii Premier League.

Ze względu na lekkoatletyczne mistrzostwa Świata rozgrywane w pierwszej połowie sierpnia, piłkarze West Hamu trzy pierwsze kolejki spędzili poza domem. Wakacje nie były jednak udane, albowiem podopieczni Slavena Bilicia przegrali wszystkie trzy spotkania, a sam Chorwat wezwany został na dywanik, w celu wyjaśnienia słabej dyspozycji podopiecznych.

Po wizytach w Manchesterze, Southampton i Newcastle, Młoty wróciły do stolicy i powrót ten okazał się jak najbardziej szczęśliwy. Nie wiadomo, co podziałało - rozmowa Bilicia z zarządem, fakt, że Chorwat nie ściga się już z Frankiem de Boerem o to, kto jako pierwszy zostanie zwolniony, czy po prostu lepsza dyspozycja piłkarzy z młotem na piersi. Bez względu na przyczynę, najważniejszy pozostaje fakt, iż West Ham sięgnął po pierwsze ligowe punkty.

Choć do stolicy miał zawitać beniaminek, to zadanie nie wydawało się wcale łatwe. Huddersfield w pierwszych trzech kolejkach zdobyło siedem punktów, nie tracąc żadnego gola. Na Stadion Olimpijski zawitała więc najszczelniejsza defensywa ligi, by notabene, zmierzyć się z najbardziej dziurawą obroną Premier League w trzech pierwszych kolejkach.

Od pierwszych minut poniedziałkowego meczu widać było, że piłkarze trenera Wagnera nie przyjechali do Londynu po trzy punkty. Celem Terierów było trzymać w łapach to, co dane było im na początku - bezbramkowy remis i kolejny cenny punkt. W pierwszej połowie Huddersfield oddało zaledwie jeden strzał, do tego niecelny.

Z celnością problemy miały jednak również Młoty, które przez pierwsze 45 minut w światło bramki trafiły raz. Nie była to jednak najgroźniejsza sytuacja pierwszej odsłony - w 13. minucie poprzeczkę ostemplował Chicharito. Statystycznie był to jednak strzał niecelny.

Prawdopodobnie piłkarze beniaminka dowieźliby 0:0 do końca spotkania, gdyby nie fura szczęścia gospodarzy w 72. minucie. W piłce nożnej przede wszystkim trzeba uderzać i tej myśli uczepił się Obiang - futbolówka po jego strzale nie zmierzała chyba nawet w światło bramki, ale po odbiciu się od pleców Zanki, trafiła w słupek i wpadła do siatki. To ten typ goli, po którym wyłączasz konsolę lub rzucasz padem, jeśli jesteś bardziej ekscentryczny.

Niestety David Wagner nie mógł zrobić żadnej z tych rzeczy i pięć minut później znów mógł tylk klnąć ze względu na brak szczęścia - po centrze z rzutu rożnego futbolówka odbiła się od nóg Fonte, później w niekontrolowany sposób trącił ją Mounie, a z kilku metrów do siatki wpakowałją Ayew. Po prostu festiwal farfocli.

I to jest właśnie ta cienka granica, o której wspominałem w przypadku Franka de Boera. Do Bilicia i jego graczy uśmiechnęło się szczęście - przez kilka fortunnych zbiegów okoliczności, piłka znalazła się w sieci, co prawdopodobnie uratowało posadę Chorwata. Kto wie jednak, co stanie się kiedy fortuna się odwróci...

Na koniec rzut oka na tabelę:



_______________________________________________________________________________________________
Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca. Komentarze i dyskusje mile widziane.
Mam nadzieję, że wraz z rozwojem sezonu, rozwijać będzie się też Five o'clock, dlatego czekam na Wasze opinie!

Zapraszam też na Twittera.
OTRZYMUJ NAJNOWSZE LIGOWE AKTUALNOŚCI


REKLAMA

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby dodać komentarz:

Komentarze | 4 komentarze

sortowanie: rosnąco | malejąco

Stone1993 | 12.09.2017 10:29

Trochę pojechane po Liverpoolu, ale co jak co- należy się im ;)
Mi się ta rubryka bardzo podoba, pisać, pisać, pisać!

Kirek | 12.09.2017 11:33

Te felietony są świetne. Zawsze po ostatnim meczu kolejki sprawdzałem co moja ekipa ugrała Fantasy Premier League. Teraz do tego doszło sprawdzanie czy już jest 'Five o'clock'. Mam nadzieję, że wystarczy zapału na cały sezon.

lxl | 12.09.2017 16:41

i ta twarz Edersona -> a ludzie piszą że czerwonej nie powinno być, czyli jakby dostał w nogę to czerwona, a jak w twarz to żółta :D ?

żebro | 12.09.2017 18:18

Jak zwykle fajnie się czytało. Podsumowania LM też będą?



transfery.goal.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy
06.04 10:35